Strona Glowna
 
O Nas
 
Kontakt
 
 

Anna Sroka w spektaklu "Lady Day" wciela się w rolę Billie Holiday. W ukazywaniu tragedii legendy jazzu jest doskonała, bo traktuje tę rolę nie tylko aktorsko, ale także osobiście. O uniwersalnym przekazie płynącym ze spektaklu, nietolerancji i potrzebie zrozumienia tych, którzy nie pasują do ram wyznaczonych przez społeczeństwo, rozmawiamy w wywiadzie przeprowadzonym bezpośrednio po zakończeniu spektaklu.

W jaki sposób przygotowywała się pani do tego spektaklu?

Pojechałam do Nowego Jorku, żeby zdobyć materiały o Billie Holiday, troszeczkę pochodzić po klubach Harlemu. Z reżyserką spektaklu dotarłam nawet do Filadelfii. Znalazłam tam miejsce, gdzie się urodziła Billie Holiday. Stoi tam słup informujący o tym fakcie, obok wyblakłe zdjęcie, metalowy kwiatuszek, ot – cały pomnik. To była podróż, która dała mi takiego przysłowiowego kopa. Wcześniej nie rozumiałam jak i o czym miałam zrobić ten spektakl. Po tej podróży jego tematyka stała się dla mnie dotkliwsza, wyraźniejsza. Byłam w miejscach gdzie ona śpiewała i występowała, spotkałam się z muzykami, którzy z nią grali. Byłam w Lenox Lounge w Harlemie, gdzie jest cała sala jej poświęcona. To była podróż, która umożliwiła mi podskórne wpuszczenie tej postaci w siebie i zrozumienie jej.

A poza tym – tradycyjnie. Najpierw poprosiłam Włodzimierza Nahornego, żeby ze mną wystąpił, bo gdy dostałam ten tekst od razu pomyślałam, że to nie może być ktoś przypadkowy tylko "człowiek-anioł", a tylko takiego jednego kojarzyłam. Pan Włodzimierz się zgodził i rozpoczęliśmy pracę. Ja później znów wróciłam do Nowego Jorku, bo po tej pierwszej podróży, która trwała tylko tydzień, czegoś mi brakowało. Dzięki temu miałam szansę zaśpiewać w miejscu, gdzie śpiewała Billie Holiday. Wykonałam "God bless the child" po polsku, z Lafayette Harrison Trio czyli samymi czarnymi muzykami, a dookoła wisiały jej zdjęcia.

To musiało być wręcz mistyczne przeżycie.

Tak, ja w życiu nie miałam takiej tremy (śmiech). To była bardzo ekstremalna sytuacja dla mnie.

Czego nowego dowiedziała się pani o Billie Holiday po tej podróży, ponad to, co jest ogólnie dostępną informacją?

Tego, że niewiele osób o niej wie! Znają nazwisko, ale nie do końca wiedzą kim była. Tak naprawdę Amerykanie nie potrafią dbać o takie rzeczy. Chociaż ponoć jest gdzieś w Baltimore jej pomnik, ale ja do niego nie dotarłam.

Co było największa tragedią Billy Holiday?

Samotność. To, że była sama. Byli oczywiście mężczyźni, którzy tak naprawdę byli jej alfonsami, którym oddawała wszystkie pieniądze, a później sama umarła w biedzie. Miała jakieś…

Siedemdziesiąt centów bodajże.

Tak, siedemdziesiąt centów pod poduszką. To straszne, bo przecież dochody z wydanych przez nią płyt to były miliony, które zebrał jej mąż. Umarła, bo tego chciała. Spotkała się z niezrozumieniem i została w pewnym sensie wykorzystana. Po "Strange Fruit", po tym muzycznym sprzeciwie wobec linczów i nietolerancji, zaczęto ją po prostu gnębić. Jej przeszłość, osobowość, nawet uroda były świetnym materiałem do masowej nagonki. ...więcej

 

 

 

 

 

 

 

Agencja Teatralna BIS: ul. Poznańska 3/15, 00-680, Warszawa, Polska | designed & built by Absolutely Something.™ | © 2009 Agencja Teatralna BIS